Życie malowane skrawkiem nieba – Przemijanie podwórek – Maciej Ossian Kozakiewicz (część III)

sob, Kwi 30, 2011

Aktualności, Ludzie

Życie malowane skrawkiem nieba – Przemijanie podwórek – Maciej Ossian Kozakiewicz (część III)

2. Podwórko

Srebrna Góra. Telefon z obcym numerem.

Odebrałem.

W ten sposób otworzyłem nowy rozdział mojego życia.

„Pan mnie nie zna, nazywam się Marta  i chciałabym umieścić pana prace w moim tomiku poezji, nieodpłatnie, czy pan się zgadza?” usłyszałem miły, głęboki głos.

„Nie widzę przeszkód, ale jestem poza domem, proszę zadzwonić za trzy dni na mój numer stacjonarny, ustalimy szczegóły”

Zadzwoniła.

„Skąd pani jest, pani Marto?”

„z Krakowa”

Zamarłem, coś drgnęło. Bóg mnie wysłuchał, już przyszedł czas na zwrot.

„Ja też… jestem z Krakowa… ale teraz mieszkam gdzie indziej”

„Taak? A gdzie pan mieszkał w Krakowie?”

„Na Rękawce, pod 14”

Zaległa cisza. Nie wiedziałem o co chodzi.

„W kamienicy pod 14? Tam mieszka teraz moja przyjaciółka, Ela”

Życie zaczyna pisać scenariusz.

Podwórko, jak zwykłe podwórko. Od ulicy oddzielała je kamienica, a na nim w kącie mała chatynka. Podobno po koniu Siwku. Wchodziło się do niej przez „werandę” do pomieszczenia, które było pokojem, kuchnią i łazienką. Po lewej stronie, w kącie, stał piec, przy którym babcia Janina gotowała posiłki. Od pokoju oddzielona była zwykłą szmacianą zasłoną na sznurku. Pokój to tapczan dla wszystkich, szafa i maszyna do szycia. Stała pod oknem, przez które patrzyłem na świat. Jak leżałem  na tapczanie, to pamiętam że obserwowałem kościół św. Józefa stojący przy Runku Podgórskim.

A weranda była królestwem rupieci. Pamiętam że stał tam kredens i jak padało to trzeba było podkładać miednicę, bo dach przeciekał.

Tam też było królestwo babci Janiny. Dorabiała chałupniczo robiąc liczydełka
z kolorowych paciorków, którymi tak lubiłem się bawić. Do dzisiaj można je znaleźć
w ziemi, bo na tym miejscu jest rabat z kwiatami.

Na podwórku stał ogromny kasztan, już go ścięli, miejsce zabaw. Graliśmy
z kolegami w „kolaży”. Kilka monet 10 groszowych a na nich naklejone flagi państw. Narysowana na ziemi patykiem trasa, start, meta, wszystko było jak należy… tylko ojca nie było.

Czy się buntowałem? Pewnie.

Pewnego razu, nie pamiętam z jakiego powodu wybiłem szybę jedynego okna chatki, w której mieszkałem. Pamiętam że z powodu matczynego „nie”.

Matka zawsze mówiła „nie” jak coś nie było po jej myśli. Zostało jej do dzisiaj…

Wyjście na Rękawkę jest takie samo do dzisiaj, przerwa między kamienicami, wykorzystana jako przejście na ulicę Potebni i Tatrzańską.

U wylotu na Rękawkę stał o umówionej godzinie dziadek Włodek, przychodził
z Traugutta zabierał mnie na Rynek gdzie spędzałem czas w Europejskiej napychając się napoleonkiem albo bezą, podczas gdy dziadek dyskutował o polityce z przyjaciółmi.

Nie, nie cały czas siedzieliśmy w knajpach. Pamiętam jak pojechaliśmy na kopiec Kościuszki, do ZOO, do Tyńca…

Pojechałem do Krakowa, na Rękawkę. Z drżeniem serca wszedłem na moje podwórko. Znowu podróż w czasie. Tu był mój świat. Tu moja babcia wołała mnie na obiad. Tu się bawiłem z kolegami. Jak się skurczyło strasznie, było maleńkie, ale przecież moje. Też zabrane bez mojej wiedzy. Znowu byłem u siebie. Po tylu latach…

Zadzwoniłem na numer Eli. Wyszła z kamienicy na podwórko. Miła, niska kobieta budząca od razu moje zaufanie. Przywitaliśmy się jak starzy przyjaciele, choć widzieliśmy się po raz pierwszy w życiu. Tam gdzie mieszkała, za moich czasów mieszkał ktoś inny. Wszedłem do mieszkania. Było małe ale schludne, takie krakowskie.

Tam gdzie stała moja chatynka teraz jest rabat, Eli rabat.

Siedzieliśmy przy kawie i wspominaliśmy.

„Tak, ale tu mieszkają dzieci Kameckich”

„Nie, Gęślaków nie znam, wprowadziłam się chyba po nich”

„Kulkowie? Wyprowadzili się”

Odpowiedzi mnie nie zdziwiły. Zdałem sobie sprawę z biegu lat.

„Moja babcia nawlekała koraliki na żyłki liczydełek, taka chałupnicza praca. Często się nimi bawiłem, były kolorowe”

Ela się poruszyła.

„Znajduje je przy grzebaniu w rabacie, przy kwiatkach”

Znalazłem nić. Znowu coś mnie połączyło z miejscem gdzie się urodziłem.

Wybrałem się na spacer. Rękawką na Rynek Podgórski, potem Limanowskiego,
w prawo na most i potem Krakowską pod Wawel. Przed Wawelem stoi kościół Bernardynów. Pamiętam jak byłem z dziadkiem w tym kościele. Musiało być przed świętami Bożego Narodzenia bo wewnątrz, gdzieś pod sklepieniem fruwały anioły. Od miejsca dla chóru aż gdzieś w okolice ołtarza.

Maciej Ossian Kozakiewicz III

Styks

, , , , , , ,

Ten wpis został dodany przez:

- napisał 186 artykułów na www.Malago.pl – Twoje centrum malarstwa.


Profil autora

Oceń ten wpis:

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (Brak głosów)
Loading...

Dodaj komentarz

*