Justyna Kopania – „Carmen” (część I)

pt, Maj 7, 2010

Aktualności, Obrazy

Justyna Kopania – „Carmen” (część I)

Carmen…

Rok 2003.Na początku był chaos. Chaos  – moich myśli. Te myśli… prześcigały się w swoim powstawaniu, zastępując jedna – drugą… jakby rywalizowały  pomiędzy sobą o to, która z nich jest lepsza. Był listopad poprzedniego roku. Stałam przed sztalugą, na której było czyste płótno. Zamknęłam oczy…- wyciągając dłonie do tego płótna. I dłonie zatrzymały się na materiale… lekko przesuwając się  po szorstkiej tafli płótna – jakby próbowały znaleźć kontury czegoś, co miało na nim  powstać. Wędrowały po materiale, jak byłoby rzeźbą- czerpiąc z niego surowość, czystość, biel…, które odbijały się na mojej twarzy…- wdzierając się w nią. W pewnym momencie, z chaosu wyłoniła się jedna z tych myśli. Wzięłam do ręki pędzel, tubkę farby – w kolorze czerwieni o nazwie –  cadmium red. Wycisnęłam  dużą ilość tej czerwieni… i okrywałam nią płótno. Wówczas pomyślałam, że nadam temu płótnu – charakter wina. Znakomitego wina. Dwie godziny później – przyprószyłam tą czerwień  – czernią, która wbijała się w czystość  cadmium red – nadając jej smak i moc… tego wina. Żeby nadać klarowności, doskonałości – temu tłu zatarłam delikatnymi pociągnięciami  pędzla – granice – pomiędzy – czernią… a czerwienią. Następnego dnia… – wyłoniła się z tła – twarz kobiety, która z każdym dotknięciem pędzla – umoczonego we wszystkich odcieniach jesieni – stawała się jakby… wyryta na tym płótnie. I pomyślałam wówczas, że będzie to kobieta bardzo silna… ale – jednocześnie słaba, cierpiąca. Piękna – ale wyrafinowana. Kobieta nie mająca w sobie za grosz pokory – dzika, niedostępna, nieujarzmiona – obca – a jednocześnie bliska, znajoma – jak rzeka. Dałam jej kruczo – czarne włosy, długą szyję, twarz pociągłą z wyraźnie zaznaczonymi kośćmi policzkowymi. Następnej nocy, podarowałam jej usta – delikatnie wykrzywione w grymasie kaprysu, niezadowolenia, duże brązowe oczy – żeby mogła wyrazić nimi to, co czuje…, brwi – mocno zarysowane, z pomiędzy których – wyłaniała się zmarszczka, nadająca twarzy tej kobiety – dostojność, wyniosłość… Tej samej nocy – nad ranem – podarowałam jej imię – Carmen. Zasnęłam.
Carmen.  Carmen … była   jak   najlepszy    tytoń.   Tytoń  –   na który   nie   każdy  może sobie   pozwolić. Kiedyś, spróbowałam   takiego  tytoniu, jego smaku  –    jak smakuje?  Jest inny  – wyjątkowy… smakuje  jak  coś, czego   kosztuje   się   pierwszy   raz. Pochłaniałam  jego  zapach, aromat, dym, smak…  Delektowałam   się   nim – upajałam, rozkoszowałam, syciłam – żeby zapamiętać czym   jest. Jak smakuje…

Carmen

Carmen

Czasami oczami wyobraźni  – widziałam   ją – Carmen – siedzącą   w     kawiarence…, pijącą herbatę. Paliła  papierosa. Wtedy  była  jak…najlepsze wino.     Wino – nabierające z upływem  lat…  –  cech najszlachetniejszego trunku – jego mocy,   czystości, przejrzystości i doskonałości. Im starsze – tym  bardziej swoiste,  charakterystyczne, harmonijne, wyśmienite – pod względem aromatu, wyglądu,   smaku – jedyne. I  Carmen – była  jak  to  wino.
Któregoś  dnia… wyobraziłam sobie, że podchodzę do niej. Przyglądam  się z bliska  jej twarzy. Wówczas, zobaczyłam w niej  –  ostrość. Dostrzegłam zgryźliwość…   połączoną z pewnego rodzaju  arogancją. Zauważyłam  – brak   pokory  w stosunku   do    wszystkiego, co otaczało ją.  I pomyślałam , że Carmen  jest  jak   esencja  najmocniejszej herbaty – gorzka, cierpka… z dużą dozą goryczki. Esencja, którą  gdy posłodzisz – zmienia smak, staje się lepsza. Czego brakowało  Carmen, że    było w niej  aż  tyle goryczy ?
Następnego dnia – dojrzałam w niej piękno, w które wdzierało się zimno…    Zimno –  połączone  z  wyrafinowaniem i odrobiną niedostępności. Jak byłaby  posągiem, rzeźbą,  zjawiskiem… Tak  wtedy  wyglądała. Znów zaczęłam  myśleć nad   tym  – co ukrywa się  pod  maską  tego  jakże wyrafinowanego  piękna. Rzeźby… są przecież kruche, delikatne. Wyglądają tylko na bardzo twarde, niezniszczalne… Wzbudzają w człowieku respekt… – strach połączony z szacunkiem. Rzeźby są  zbyt  piękne, ale  i  zbyt  zimne, by dotknąć je. By… dotykiem poczuć ich piękno… i chłód. Niewielu ludzi próbuje dotknąć rzeźbę. Niewielu,  odważy   się zakosztować   takiej    kobiety  –  jaką   jest   –   Carmen. Na rzeźby,  człowiek    patrzy… delektując się  ich  widokiem…,  kunsztem   –  z jakim stworzyły  je ręce  artysty. Takim   widokiem… –  człowiek  delektuje się jak… tytoniem   i  winem.
Pamiętam dzień… – kiedy w mojej wyobraźni  –  Carmen  – szła deszczową  ulicą. Krople deszczu spływały  po  jej  twarzy… – rzeźbiąc ją, nadając formę – jak  ręce rzeźbiarza  –  nadają   formę… glinie, kamieniowi… Obcasami rytmicznie stukała o chodnik. Dźwięk ten  –  rozpływał się w deszczu, mieszał się z dymem papierosowym  –  wydobywającym się z jej ust… i  z papierosa… trzymanego  w   delikatnej   dłoni. Tego  dnia – była jak  źdźbło trawy – delikatna, malownicza, wykwintna…  – ale jak bardzo krucha, słaba i ulotna.
Przypominała mi  także  ziemię. Dlaczego? – Z  ziemi… – wyrastają rośliny.  Z  wnętrza Carmen  – wyrastały uczucia, których  odbiciem był  wyraz  jej  twarzy.   Te   dobre – były jak kwiaty. Te złe – stawały się chwastami, których  nie  można  wytępić. Tak   jak chwasty  – niszczą kwiaty… – tak złe uczucia… niszczyły to,  co było w niej dobre.
Z upływem czasu… – stała się  jak  nadmiar  dymu z cygara – dymu, którym   delektujesz  się,  który pochłaniasz… – który obserwujesz  –  unoszący się w powietrzu, tworzący wijącą się mgłę… – ale po pewnym czasie, ten  dym – jest    męczący  dla  całego  otoczenia. Zaczyna dusić, gdy  zapachu   spalonego cygarowego   tytoniu –  jest za dużo… Wtedy ten dym –  piecze  w oczy –  jak wyrafinowanie  Carmen.

Kilka miesięcy  później… –  wyobraziłam  sobie, jak   by  to  było kilka lat później. Zobaczyłam  Carmen z jakimś mężczyzną. Siedzieli w kuchni. Na środku  kuchni – stał stary, drewniany stół ,który  Carmen  –  przykryła płachtą obrusu w kolorze  miłości. Przy stole… – dwa krzesła – jedno dla  niego…, to drugie – dla niej.  On… palił  cygaro. Carmen  –  siedziała  obok  niego – skulona,  potulna, pokorna, posłuszna… Krucha, wątła, nietrwała, niepewna… Płakała…
Jakiś czas temu, postanowiłam opisać, scharakteryzować Carmen, która powstała w mojej wyobraźni, którą namalowałam na kilku obrazach. Niektóre motywy zaczerpnęłam z opery G. Bizeta „ Carmen”, oraz z filmu Carlosa Saury „Carmen”, które zawsze fascynowały mnie i dzięki którym mogłam wyobrazić sobie „ moją” Carmen. Napisałam więc wiersze, będące pewnego rodzaju opisem obrazów, namalowanych przeze mnie – opisem Carmen. Oto one:

18 Sierpnia 2003 roku.

Carmen

Carmen

Carmen.
Carmen, kobieta niepokorna…
Otulona, jak męską dłonią…
Kołnierzem z lisa..
Carmen, patrząca z pogardą.
Wyrafinowaniem.
Strachem.
Na zewnątrz zimna…

Niedostępna.

Zbyt piękna…
By  dotknąć ją…
Spróbować.
By się nią delektować.
Od wewnątrz – zagubiona.
Nieśmiała.
Kochająca…
Matka, żona…
Twoja kochanka.
Spragniona…
Spokoju.
Ciepła.
Wczoraj płakała…
Ty…
ty… nie widziałeś tego…
Bałeś się na nią spojrzeć.
Patrzeć.
Dotknąć .
Zauważyć.
A ona…
Carmen,
tak bardzo Cię potrzebowała…
Pomimo…
że jest silna.

cdn…

, , , , , , , ,

Ten wpis został dodany przez:

- napisał 186 artykułów na www.Malago.pl – Twoje centrum malarstwa.


Profil autora

Oceń ten wpis:

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (1 głosów, średnia: 5,00 na 5)
Loading...

Dodaj komentarz

*