Biegiem po malarskich pracowniach

czw, Cze 18, 2009

Ludzie

Co skłania nas, zawziętych malarzy, że nie odpuszczamy, że mimo wszystko, pomimo licznych rozterek, nas niekiedy mocno zawiedzionych, a przecież niekiedy już mistrzów, co skłania nas, by nie zaprzestawać i dalej malować?

Każdy z nas zwykle nie jest zadowolony ze swej pracy, jednak, gdy tylko jej zaprzestajemy tracimy sens życia, a w dodatku każdy z nas nie malując stopniowo w miarę upływu czasu coraz wyżej i wyżej ceni swe stare poprzednio uznane za niezbyt udane prace, i zaczynamy od nowa,

Biegając po różnych malarskich pracowniach często refleksje same sypały mi się w tej mojej mało pojętnej, choć dużej głowie, jak z worka.

Pierwsza pracownia, jaką w życiu widziałem to oczywiście była mojego ojca, wysoko, na strychu. Jeden z pokoi był do tego przystosowany i jakby nieco zaadoptowany, okno regulaminowo od północy, komoda pełna farb, a ściany jasne no i żadnych firanek. Kilka zaczętych obrazów i żaden nieskończony. Blejtramy tylko klejone, ale fachowe, wycięte w wielkim warsztacie stolarskim kilka pięter niżej, a cały wielki dom był nasz. Całe szesnaście, czy osiemnaście pokoi, i wielki strych, po którym biegałem nago. Ogromny jak zamek. Dziadka stolarza ogromny warsztat i stodoła pełna siana, kurnik, obora, stajnia i ferma lisów, kilka pól, hektary łąk jeden spory las ze starymi dębami, a wszystko to tuż przy Odrze tak, że z okna łapałem ryby, z okna gołębnika, w którym czasowo hodowałem dwa puszczyki, jastrząb był w komórce, na podwórku, w klatce sroki, w dzbanku trzy zaskrońce, rano walczyłem pompką ze szczurami, wieczorem łapałem kuny do worka – autentycznie. W międzyczasie chodziłem z koszykiem, tuż obok, na zamulone dołki pełne trzydziestocentymetrowych piskorzy niejadalnych, ale smakowały, a to, że potem musiałem się drapać, bo w tej wodzie rósł świerzb, to już małe piwko. Koń, krowa, cielę, dwa psy…

A co ja to miałem mówić, ach tak – biegiem po malarskich pracowniach.

Mój kolega Michał Benysek, malarz miał i ma pracownię na strychu w osobnym budynku, moja droga znajoma (ona rzekomo nie chce się ze mną przyjaźnić -sic) Renata Brzozowska też ma przepiękną pracownię na strychu, tylko ja stale niemal malowałem w piwnicach, w wojsku w piwnicy, po wojsku przed telewizorem, na dywanie, potem znowu wielka pracownia, w której jednocześnie mieszkałem- pięćdziesiąt metrów kwadratowych, a co sobota też tu, dyskoteka na ful, altusy sto czterdzieści, kominek, dziewczyny w tym jedna ruda, treningi karate i koledzy z piwem, ach te życie.

Tak, na strychu, strych to magia, a to przeciwieństwo pracowni Janiny Góral, która była osiągalna dopiero po przejściu mocno ciemnego korytarza, ale w niej motyle i abstrakcje, abstrakcje, bo to szyk, a motyle, bo to się sprzedaje. Moje obrazy Pani Janina określiła, jako większe całości tego, co ona ze swymi robiła, to znaczy: to, co moje to pociąć trzeba by na małe kawałki i będą od razu gotowe jej obrazy i ja też tak myślałem i myślę, abstrakcja wycięta z większego i bardziej przedstawiającego obrazu zawsze niemal jest od niego o niebo lepsza.

Dalej, całe życie jakoś tak przebiegłem chyba, babcia Ziuta stale pytała, a to, dokąd ty tak stale pędzisz, stale cię nie ma, biegiem po pracowniach malarzy kochana babciu, dalej, następne lata, nowa, a raczej stara pracownia. Mój romantyczny oryginalny przekorny, uznany, stary i uparty znajomy wielki malarz – (nie lubił słówka Pan) Hilary Gwizdała. Najpierw po schodach potem stare pokoje, w tym jeden większy, wielkie łóżko, nad nim autoportret, to pracownia. Okna wysokie bez firanek całe zasnute szlachetną mgłą wielu lat nie mycia i gdzie niegdzie pajęczyną i ostrzeżenie, taka uwaga wygłoszona naprędce – w żadnym razie nie można tego dotykać, a już na pewno nie można tego myć! Uśmiecham się, ale w zupełności z tym się zgadzam i popieram, tak, dlatego mam teraz sztucznie (i autentycznie też) brudne okna, czyli folie w oknach. Dla mnie jednak Pan, pan malarz Hilary – mocno stary, obraz nad łóżkiem, to jego autoportret, ale już ze sto parę razy przemalowany, ostatni raz przed chwilą, jak u Tycjana tyle, że niestety wzrok już nie ten, tak jak teraz u mnie bez okularów, a pan Hilary wyrzucił okulary, no w każdym razie w znanym tekście i te przemalowania to, o rany, same psujące te przedtem nałożone i wychodzące z pod spodu, jeszcze gdzie niegdzie wychodzą, jak niedobitki. Starość nie radość, a i od razu mi smutno i niewdzięcznie pomyślałem, że los jest mściwy, nawet dla starych, a chyba szczególnie dla starych mistrzów, na nowo – wciąż żyjących z „dofinansowywań” miejskich urzędów, tak jak Hilary i tak jak sam wielki, największy Frans Hals. To nic, nic to, wiele obrazów Hilarego, jak widziałem, wisi tu i ówdzie w tychże instytucjach i niektóre nie były wielokrotnie przemalowywane, bo w odpowiednim czasie mu zabrane, zatem są i prawdziwe i DOBRE, nie przefajnowane. Zresztą artystyczna recepta Gwizdały brzmiała tak: jak to ty Eryk ty taki ostrzyżony i dobrze ubrany, ty się niczym z tłumu nie wyróżnisz, tak nie można, malarz musi mieć długie włosy, być oberwany, niezbyt czysty, a na plecach stale plecak z przyborami w ręku coś, czym i na czym można malować, a nagłowie oczywiście kapelusz niedorajdo, no to od dziś noszę, w każdym razie na fotkach, ale wzorem mnichów głowę ogoliłem, choć długie włosy długo nosiłem. Co Hilary gwizdała myślał o moich martwych naturach z 1988 r, których cały zestaw ze sobą przydźwigałem? A to, że to są papierki od cukierków, i mówi: dość już, nie można stale siedzieć w jednym, można raz czy dwa, ale teraz trzeba iść i szukać dalej. Czy poprze mnie w związku artystów plastyków przyjmujących takich jak ja nieuków samouków, a tak, poprze, tak samo jak poprze mnie Janina Góral. No to może formularz wypełnimy, dogramy to, składamy i już składki na rzecz malarskiej emeryturki i związku składamy? O nie wszystko się zawaliło, Życie pokiełbasiło, zakochałem się na śmierć, wojsko się wściekło i dodało mi pół roku do dwóch i tak długich, Jaruzelski przetransponował mi się w telewizji z twarzy w czarnych okularach w czaszkę z oczodołami lorda Vadera będącego po ciemnej stronie mocy. Nic z tego, a co najlepsze i co najgorsze uznałem, że to jednak złe, gdy coś do niezbyt dobrego przynależy, od słowa przynależność np. do partii. Najpierw jest niby ok. potem be, a nawet bardzo beeeee. Owca z czasem mądrzeje i staje się baranem, upartym, no to jestem. Zatem pracownia Michała Benyska, oczywiście też jest na strychu, no i niektóre obrazy to nawet są strychowo surrealistyczne, strachy jak przystało na strych, ale dobrze wysycane olejem, a co za tym idzie nie rozbite, a co za tym z kolei się snuje – precyzyjne, i mają to coś, coś, co dobre oleje czasem mają, to taka olejo-magia.

Pracownie, ach tak wycieczki w pracownie, czasem u dowolnego znajomego malarza zobaczyłem nie raz szereg obrazów komercyjnych, a zaraz tuż obok te – interesujące, co ciekawe malarz nie często dał się przeze mnie wtedy przekonać do tych interesujących, a obstawał przy tych komercyjnych.

Mój dobry kumpel i malarz Krzysztof Moroz – pracownia w osobnym budynku niewielka, okno, spore obrazy, pejzaże, (wtedy) niekiedy pryskane z pędzla, co niestety efektywne i aprobowane u tych, co już kupili i jeszcze kupią, (no, ale Jackson Pollock też pryskał), obok na ścianie obrazek małego synka – genialny i chciałem go wydębić jednak nie udało się tak samo jak z obrazkiem Julii córeczki Renaty zatytułowanym, chyba ryba, a przedstawiającego wielkiego genialnego wieloryba, którego sam Matisse by się nie powstydził. Do pracowni kolegów i koleżanek „artystantów” wpadam zwykle jak burza i sieję jakby spustoszenie, kręcę się w koło, przekładam sterty i jeszcze raz w koło i co, i mówię – ja tu widzę jeden obraz, a jest to ten obraz, twojego malutkiego dziecka, resztę można odłożyć na potem i to niemalże jest reguła, krzywią się i potakują, jednak, a jak chcę wydębić, jednak nie dają.

Pracownia Pani Grażyny G., obrazy, domki na tle pól i łąk, niby dostatecznie zdziecinniałe, ale nie jestem zadowolony, ona to czuje, zbyt proste, ona to czuje, i tak samo jak Anna, G., gdy powiedziałem jej celowo i prowokacyjnie: mnie nie oszukasz, NATYCHMIAST zrywa ze maną, tak to nazwijmy, normalne ludzkie kontakty „na zawsze”.

Tak, a co nas skłania do tego, że my malarze nie odpuszczamy?

Otóż malarze to niezwykle uparci ludzie, ambitni, dumni, a wyrazem najdumniejszych, a szczególnie najgenialniejszych i to zarówno u tak zwanych profesjonalistów, co oczywiście nic nie znaczy i u tak zwanych samouków najgenialniejszych z genialnych, takich jak sama Olga Boznańska, u tych i u tych, największym wyrazem ich dumy jest z przekorą podkreślana – ich skromność, a ja przekornie jak zwykle odwrotnie, twierdzę mianowicie, że skromność to im najmniej jest potrzebna chyba, że ambicja jest udawana, a nie jest, no to już koniec wycieczki. Co do artystantów, to oczywiście są prawdziwymi artystami, ale pożartować to chyba czasem wolno, no nie?

Eryk Maler 2009-06-18

Zapraszamy do Galerii Touch of Art – w naszej ofercie znajdziecie Państwo obrazy Eryka Malera -> kliknij

,

Ten wpis został dodany przez:

- napisał 43 artykułów na www.Malago.pl – Twoje centrum malarstwa.

Administrator serwisu www.malago.pl

Profil autora

Oceń ten wpis:

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (Brak głosów)
Loading...

5 komentarzy dla “Biegiem po malarskich pracowniach”

  1. admin napisał:

    .. to fajnie tak napisać, i prawdę , tak było i.. ten twórczy bałagan, on jest, sam się robi:)

  2. admin napisał:

    Owszem,dużo można teoretyzować na temat malarstwa,różnie można odbierać postawy artystów – te szalone i te ciche…
    Przeważnie jest tak,że codzienne działania twórcy są „niepoukładane”. Wspominany Picasso mawiał, że: porządek w pracowni świadczy o braku talentu… Cóż,w czasie procesu twórczego,wokół powstającego obrazu/dzieła wszystkie akcesoria stają się,niepoukładane…
    Ale zaczyna nabierać prostoty zmierzającej ku,linia intuicji,bowiem jedynie malarstwo intuicyjne „mówi” prawdę o twórcy,o jego psychice, niczym test Roszaka…
    Wtedy refleksja twórcy nad samym sobą może spełniać pewną funkcję terapeutyczną,w obszarze której należy się twórcy „zdroworozsądkowo” przebywać!Niestety,dobiegając „szóstego krzyżyka” i będąc w „kręgu sztuki” ponad czterdzieści lat,”zaliczając” ponad trzydzieści pięć plenerów malarskich(od 2001 roku zaprzestałem uczestnictwa w tych,skądinąd,pouczających zjazdach)doznałem jedynej w swoim rodzaju iluminacji,iż wszyscy,bądź prawie wszyscy ci,którzy wyrażają się przez sztukę(tak im się,łącznie ze mną wydaje,że się wyrażają…)są „niekompatybilni społecznie”…
    Owa niekompatybilność, zarysowuje się głównie w wielkiej nieufności,co do zakładania podstawowych komórek społecznych… Ma ona,ta nieufność, źródło w intuicyjnych przewidywaniach niweczenia przez sytuacje generowane przez wspomniane wyżej komórki,tego abstraktu,którym dla twórcy jest CZAS poświęcany właśnie na twórczość!…
    Jeżeli jest ten CZAS,którym magicznie może dysponować twórca,ważnym staje się też miejsce,w tórym ten CZAS ma być spełniany,ważnym jest GENIUS LOCI,czyli mówiąc „dolnolotnie” pracownia…
    W moim przypadku,mój duch miejsca znajduje się konkretnie tu,gdzie przyszedłem na świat…
    Jest jeszcze ten mebel,na którym zostaęm poczęty i ujrzałem pierwsze światło – matrymonium z czeczoty brzozowej – cztery metry kwadratowe… To konkretne miejsce promieniuje na całe mieszkanie-pracownię – blisko osiemdziesiąt metrów kwadratowych,w których zaczynam się już nie mieścić,a „pączkująca” moja twórczość,szczególnie rzeźbiarska,zagroziła konstrukcji całego budynku – w porę się opamiętawszy,zacząłem prace nad rzeźbami kameralnymi…
    Cóż daje bieg po pracowniach nam znajomych twórców?…
    Zazwyczaj,w moim przypadku,jest formą inspiracji,a nie chęcią zglądania po kątach i grymaszenia pod adresem właściciela pracowni i jego prac…
    W każdej pracowni,wielkości hangaru czy biurka,unosi się to COŚ,UNOSI,NIE LEŻY!
    Jedyne w tym UNOSZENIU jest dla mnie inspirujące wielodrogowo – zapach płótna lnianego,oleju lnianego, delikatna nuta terpentyny,zapach krosien malarskich z drewna żywicznego…
    To jest katalizator odbezpieczający magię procesu twórczego!… Dlaczego „odbezpieczający”?… Dlatego,że… proces twórczy może być niebezpiecznie warunkowany „fanaberią twórcy”,gdy czuje on,że coś mu się udaje – u wielu w pracowni staje się atmosfera zagęszcona dymem tytoniowym i oparami alkoholu,który prowadzi do absurdu… Zaznaczam – u wielu,nie u wszystkich!
    Życzę dalszych inspiracji odwiedzając pracownie znajomych!
    Vidor

  3. admin napisał:

    Nawet Pablo Picasso miał, co rano jakby dość:)… tego, co robił:), wieczorem jednak już od nowa malował, rozpoczął on, jako jeden z członków tamtejszej awangardy słynny Postmodernizm, (Haloimpresjonizm nie jest Postmodernizmem) tak się przynajmniej mówi i pisze o Pablo Picasso, ale prawda jest inna, był twórcą w większym zakresie niż inni, a przez to niezrozumiałym dla wielu, razem z innymi (Matisse i inni) przetarł drogę nam współczesnym twórcom, odtwórcy mają zawsze zadanie ułatwione, bo uczą się jak łagodzić i dogodzić:). Zmienne nastroje malarza opisałem w dowcipnym, a opartym na faktach artykule Poranek Picassa. Natchnienia szukają artyści wszędzie i polega to na szukaniu nowych inspiracji, często jest to miłość, przyjaźń, lub rywalizacja, która nazywana bywa walką, fenomenem jest tu zjawisko zapalczywości, które zaliczam do zalet. Spotkałem się z nim kilka razy u malarzy, sam też jestem zapalczywy, mamy tę determinację, czasem nawet jest ona widoczna w naszych oczach, pewnie znacie to zjawisko koledzy i koleżanki artyści. Moja pracownię można nawet zobaczyć na żywo rozmawiając ze mną przez skaypa, jestem zapalczywy zarówno w przyjaźni jak i inaczej, ale nie przekraczam pewnych granic, choć cenzura usuwa moje teksty nie rzadko, bo są w nich przekraczane ogólnie przyjęte granice, jednak te granice są ruchome i zależne od tendencji politycznych oraz od akurat w danej chwili przyjętych norm zachowania. Wniosek – nawet teraz niemożna pisać zupełnej prawdy. Kto się nie boi E-ryka może z nim śmiało rozmawiać i na skaypie i na poczcie, szanuję też zapalczywych, są zapamiętywani na długo, czyż to nie zaleta??? Z pewnością, pozdro!:) Mam 50lat, ale nie dorosłem i w sztuce, tak trzeba, a dorośli niech korygują. 2009-08-12 ERI+

  4. admin napisał:

    No to trochu się Pan nabiegał. Czemu nic nie ma o Pana Pracowni co w niej slychać?

  5. admin napisał:

    Czy artyści czasem nie miewają dość tego co robią … gdzie wówczas poszukują natchnienia i sił by mimo wszystko kontynuować ?


Dodaj komentarz

*